Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 148 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

INTRO

środa, 17 marca 2010 0:00


Oto plac zabaw, laboratorium i wysypisko jednocześnie - miejsce naszego
antropologiczno-filozoficznego grasowania. Odbywa się ono pod takimi oto hasłami
(traktujcie je możliwie dosłownie):


* Antropologizacja jest szansą dla filozofii na powrót do empirii
                                                                                               [K. Abriszewski]


* Laboratorium to miejsce stwarzania korzystnych zbiegów okoliczności
                                                                                       [mniej więcej B. Latour]


* Nie jesteś swoim mózgiem
                                         [raczej mniej niż więcej A. Noë]


* Bet you thought you solved all your problem
  But you are the problem

                                                     [fragment piosenki Sex Pistols]


Uprzedzamy, że nasze działania to głównie rodzaj entuzjastycznego majsterkowania
 przy pewnych Wielkich Pomysłach, które - chociaż cudze -
świetnie służą naszym mAŁYM pOMYSŁOM.  


peem   wuwu


(niezaspokojonych a zaintrygowanych zapraszamy na: www.avant.umk.pl )

Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nos Dietrich

środa, 17 marca 2010 23:14

NOS DIETRICH.

O ciele zwielokrotnionym, działającym i nie-ludzkim

O tym, jak ludzkie ciało... mało tego: kawałek ciała może zmieniać funkcje, przeobrażać siebie i resztę, abstrahować od posiadacza, społecznie ważnieć i promieniować, dyktować i komentować, wiązać w sieci, replikować się, mutować i nieśmiertelnieć. O tym, jak niewielka część ciała jednej osoby, ciśnięta w kosmos, może zamieszać w wyobrażeniach o innych i sobie sporej grupy ludzkości.

 

Nie o aktorce Marlenie Dietrich, i prawie nie o (właściwym) nosie Marleny. Jednak i tak istnieje obawa urażenia części kinomanów czy fanów Marleny (naszym zdaniem nieuzasadniona, gdyż nie o aktorce jest nasza opowieść). Dlatego też - aby nasz sposób mówienia o Marlenie wydał się komuś mniej nieprzyjazny - decydujemy się pisać o nie-Marlenie.

 

 

0. Ciała kreowane, wpisywane, promowane, dystrybuowane

 

Przełom lat 20. i 30., fabryki Hollywood pracują pełną parą. Na wyposażeniu wytwórni filmowej MGM znajduje się m.in. Greta Garbo, megagwiazda i niezła aktorka. A przy tym - żywe ucieleśnienie pewnych elementów polityki artystycznej: ciesząca się olbrzymim popytem propozycja kobiecości owych czasów, rozpisana na subtelniejszy typ femme fatale, egzotykę imigrantów, kontrastowy romantyzm na tle industrialu, niepokój po kryzysie, pokusę i cień erotyzmu jako takiego nie do pokazania, a także pewien stopień androginiczności sugerujący skryte moce natury płci rzekomo słabej. Pomniejsze Grety Garbo zaludniają filmy i ogólnie media, wychodzą na ulice, określają kobiece garderoby, ale również - co istotne - twarze, sylwetki i ruchy, sposób demonstrowania emocjonalności i kobiecego intelektu. I nie chodzi już o Amerykanki - bo G.G. rzuca cień na kobiece ucieleśnienia praktycznie na całym globie, co skwapliwie odnotowują zarówno dziennikarze, jak i księgowi MGM.

 

W obliczu owego sukcesu konkurencji wytwórnia z takim apetytem i ambicjami jak Paramount Pictures nie może sobie pozwolić na brak czy niedobór analogicznej oferty na wspomnianym polu. Trwają obrady, przymiarki i analizy. Ich efekt to - parafrazując wypowiedź jednego z krytyków filmowych - próba rozwiązywania kwadratury koła, czyli pozyskania/wyprodukowania postaci rywalizującej z Gretą G. na każdym polu, ale w żadnym razie metodą jej naśladowania.

 

 

1. Ciało własne jako anty-własne, krępujące  i deformujące

 

Na początku był: kaczo-wklęsły nos, źródło ciągłych kompleksów, kosmetyczno-prezencyjnych zabiegów, powstrzymujący gwałtowniejsze ruchy, większe zwroty ciała. Nosicielka nosa, dobiegająca trzydziestki nie-Marlena (Dietrich) oferuje przy tym grę aktorską skrępowaną, powściągliwą i sztuczną. Jeden z efektów to unikanie jak ognia pokazywania się z profilu; skutkiem tego sceny dialogów oraz miłosne wypadają dość surrealistycznie, kiedy to profile zirytowanych aktorów kontrastują z uparcie pełnym, statycznym owalem twarzy ich partnerki. Nie-Marlena nadrabia przy tym sex-appealem (zogniskowanym przede wszystkim w nogach).

 

Wysłannik Paramountu, mistrz reżyserii Josef von Sternberg poszukuje nieistniejącej między żywymi rywalki Garbo, przeglądając kandydatki do głównej roli w planowanej niemiecko-amerykańskiej koprodukcji filmowej. Niewierząca w siebie nie-Marlena o apatycznych ruchach i często przymkniętych (ze znudzenia?) powiekach zostaje z jakichś powodów ściągnięta na próbną rozmowę. Skutecznie: reżyser-romantyk dostrzega w niej to, czego po niej nie widać; natomiast reakcję reszty świadków i komentatorów jej prezentacji ilustrują takie (autentyczne)  wypowiedzi jak: „Dupa niezła, ale czyż nam nie potrzeba także twarzy?", „Krowa przymyka oczy tylko wtedy, gdy się cieli".

 


2. Ciało obce przypisane, przyswojone i obudzone

 

Decyzja o angażu zapada, bo znaleziono odpowiednią aktorkę, czy też odpowiednią kobietę do roli.

 

Tylko... gdzie ona właściwie jest?

 

Odkrycie i wydobywanie czyjejś Drugiej lub Prawdziwej Natury? Czy prześwietlanie idei? Czy przebijanie się Bóstwa przez schematyczną twarz ikony? Czy casus Pigmaliona i Galatei?

 

Sternberg albo nakłada, albo wydobywa krok po kroku swoją wizję na/z twarzy nie-Marleny. Tak czy owak, zauważalne są rzemieślnicze a niezmiernie efektywne posunięcia kreatora. Kluczowy akt: nałożenie smugi wosku ze srebrną smugą na przedmiot kompleksów: nos, a następnie obmyślenie nowego, specjalnego oświetlenia, bazującego na dwóch precyzyjnie umieszczonych źródłach światła. Daje to między innymi charakterystyczny  efekt „cienia motylka" pod nosem; to go wyszlachetnia, a cała twarz - przy pewnych dodatkowych zabiegach kosmetycznych - otrzymuje pogłębioną rzeźbę, malarsko wystudiowany, zastygły melanż emocjonalizmu i jednocześnie cynizmu, pewnego rodzaju maskę tajemnicy.

 

Efekt: nowa twarz, a jednocześnie - zdobycie pewnej receptury na twarz, widoczne odprężenie aktorki i tym samym jej dozgonna wdzięczność za kreację, a nawet - wręcz zakochanie się w owym otrzymanym na potrzeby filmu wizerunku; ostatecznie też - sukces filmu oraz reperkusje w postaci dalszych planów i kontraktów.

 

 

3. Ciało wyobrażone i promieniujące

 

Trwa i rozwija się kariera nowej twarzy, nieistniejącej poza ekranem, bazującej na nowym nosie. Wyszlachetnieniu ulega pretensjonalna gra aktorki i sztywny sposób ekspozycji przez nią ciała: mimo iż nadal uwidaczniają pewne zmanierowanie, zostaje ono wpisane w kompozycję sceny (reżyser zegarmistrzowsko komponuje każdy kadr z nie-Marleną), egzotykę lub temperament roli, sytuację. Zostają wyzyskane na tyle niepowtarzalne, że stają się znakiem firmowym gwiazdy i aktorki, z czasem skutecznie konkurencyjnej wobec Garbo. Twarz potraktowana nieco kubistycznie, śmiało eksponowana i jednocześnie wsunięta w światłocień. Lekko uniesiony, pewny siebie podbródek; kierunek spojrzeń zaznaczany zwykle jedynie ruchem źrenic. Uwidacznianie zmian mentalno-emocjonalnych opracowywane są niczym tricki magika lub op-artowskie złudzenia. Pewna siebie sylwetka ze zwykle podpartymi na biodrach rękoma, ciało w kontrapostach jak z obrazów epoki barokowego manieryzmu: realnej kobiecie z trudem przyszłoby utrzymanie się choćby przez chwilę w tych wszystkich pozycjach na krzesłach, barierkach, oparciach, z kończynami dopasowanymi do reszty niczym rekwizyty (tak też podobno - jako gorsze, bo nieposłuszne rekwizyty - wspomniany reżyser traktuje swoich aktorów). A w centrum zarządzania znajduje się oczywiście arcyważny nos, maskujący swą obcość w krajobrazie wykreowanej w detalach twarzy, która zostaje mu w ten sposób podporządkowana.

 

Ciekawostka: w scenach z profilem - niekiedy przecież koniecznych (chociażby dla pokazania, że aktorka w ogóle ma również profil i że nie jest postacią z dwuwymiarowej kreskówki) zasadniczo widoczny jest... po prostu efekt profilu Grety Garbo, z odrzucaną do tyłu głową. Ale to nie jest ważne; to tylko dalszy widok zza pierwszoplanowej konstrukcji.

 

 

4. (Re)cieleśnienie. Nie-ciało wiążące, dyktujące i komentujące. (Zre)konstruowane ciało replikowane i aplikowane

 

„Dziel [między ludzi] i rządź". Oto zasada cieleśnienia na nowo, która wykracza już poza bezpośrednią politykę wytwórni. To jest już moment, który najwyraźniej - to znaczy bezpośrednio - obrazuje naszą antropologiczną tezę, że ciało wymyślone, skonstruowane lub/i zrekonstruowane, może być następnie skutecznie aplikowane szerszym grupom społeczeństwa, replikując się przy tym na różne sposoby: w filmie, w mediach, następnie w wizerunku kobiecości, oderwanym już nieco od kinematograficznego zaplecza.

 

Wślizguje się w modę, a dalej w podświadomość kobiet w USA, Europie i coraz dalej. Nie-Marlena ze swoim bezczelno-romantyczno-tajemniczym wyrazem twarzy z kosmicznym nosem pośrodku - czyli nie-Marlena nieistniejąca - ulega powieleniu w różnych formatach i stopniach wyrazistości. I w czasie także; mimo jego upływu, owa twarz ulega jedynie konserwacji i unieśmiertelnieniu (oba określenia równocześnie dość dobrze oddają charakter zjawiska).

 

I nieważne, że ta twarz jest niemożliwa.

Ważne, że można na różne sposoby wywoływać jej złudzenie.

A z drugiej strony - że można z nią walczyć, wpisawszy w wizerunek nie-Marleny („tej zdziry" - określenie równoległe z „boską Dietrich") wszystkie grzechy upadłych lub/i wyzwolonych kobiet.

 

W wizjach kobiet epoki, kobiety czy też kobiet sprzeniewierzonych dotychczasowym wartościom; obrazach feministek czy (równolegle) kobiet-ofiar kultury zachodniej - ów wizjonerski femino-krajobraz z nosem pasuje wszędzie, dla wielu zjawisk, sugestii i twierdzeń okazuje się świetnym kontekstem.

 

Maszyna cieleśnienia rusza pełną mocą. Sztuczne, nieistniejące ciało idzie w świat i rozmnaża się na potęgę.

 

 

5. Ciało cudze nabrzmiałe, ciążące i prześladujące

 

Cieleśnienie pleni się i mutuje; a samo ciało - to którego nie ma - wraca jak bumerang. I wraca nie do autora/korektora (przeciwko reżyserowi obróciło się już dawno: Sternberg powtarzający histerycznie jak mantrę: „Nie istnieje Marlena Dietrich - Marlena Dietrich to ja!" nie zrobi już żadnego istotnego filmu), tylko do tej, której je przypisano. Aktorka z czasem ulokowała w sztucznym ciele o marmurowym nosie całą swoją karierę, osobowość, namiętności, sens życia. Nie-Marlena z wiekiem coraz bardziej poprawia i koryguje nie-swoją twarz z nie-swoim nosem; do filmów dochodzą koncerty. Iluzję - która przecież wymyka się poza planem filmowym - próbują urealnić operacje, a także specjalna garderoba, stałe kombinowanie ze światłem, a przy tym izolowanie się od wystawiania się na widok publiczny poza tym kontekstem. Ciężar nabrzmiewającego wizerunku - i w efekcie ucieczka przed światem i przed nie-sobą jako jedyną sobą - a na koniec 10-letnia izolacja w domu, przy wiecznie zasłoniętych oknach, iluzji utrzymywanej telefonicznie, totalnym zakonspirowaniu się także przed samą sobą (jedną sobą i drugą sobą).

Nie-Marlena rozproszona: w symbolach i rekwizytach kina i mody, w utartych wizjach kobiet, w świadomości społecznej i kulturze. Nos: utrapienie i źródło, abnegat, iluzjonista, konspirator, zarządca, dyktator, odcieleśniacz i ucieleśniacz, klucz, symbol, styk paru światów, upiór z koszmarów sennych, światłocień, łącznik między „nie" a „Marleną".

 

  wuwu      peem

 

Bibliografia:

1. Constable, C. 2008. Thinking in Images: Film Theory, Feminist Philosophy and Marlene Dietrich. British Film Institute.

2. J. Gaines, J. I Herzog, Ch. 1990. Fabrications: Costume and the Female Body. Routledge.

3. Gemunden, G. i Desjardins, M., red. 2007. Dietrich Icon. Duke University Press.

4. Pitera, Z. 1989. Diabeł jest kobietą. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe.

5. Spoto, D. 1997. Błękitny Anioł. Przeł. M. Krzewicka. Wydawnictwo Da Capo.




Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Enaktywne Jam Session/0

niedziela, 02 maja 2010 15:11

ENAKTYWNE JAM SESSION/0

(odsłona zerowa),

czyli:

jak norma krąży między ciałem a populacją?

albo:

gdzie szukać alternatywy dla biopolityki i biowładzy


dopiero wtedy wiesz, że patrzysz, kiedy czujesz na sobie spojrzenia innych

i widzisz, że inni wiedzą, że patrzysz

/luźna refleksja z wystąpienia Massimiliano Cappucio

na konferencji CAT 2010/


Biopolityka, bioingerencja, biokonstrukcja, bioprzemoc - jasne że trudno nam przejść obojętnie wobec uwag z nimi wysuwanych. Prezentują się porażająco w kontekście pisarstwa Foucaulta, Baumana i innych, współcześniejszych nam. Bierzemy pod rozwagę chybotliwe możliwości (a także złudzenia i ryzykowne założenia), jakie daje odniesienie ludzkiego indywiduum do jego cielesno-gatunkowego usadowienia w populacji, Świadomość, że ten Drugi, ci Inni wycięci są z kawałka mięsa mocno podobnego do mojego, lepszego lub gorszego, pociąga za sobą drugą świadomość (rosnącą i drobiazgowo potwierdzaną empirycznie), że wiem jaką (bio)drogą mogę na nich wpływać, nimi zarządzać - i jak perfidnie doskonała (bo podskórna) może być ta władza.


Ale sądzimy, że nasze ucieleśnienie ma również inne społeczne konsekwencje, niewyrachowane cieplejsze i piękniejsze, choć zaskakujące i u podstaw nierefleksyjne. Ale czy faktycznie dalekie od potocznych intuicji? Chyba zbyt wiele na temat naszych intuicji próbowali nam wmówić filozofowie, socjologowie, uczeni, byśmy mogli się łatwo i automatycznie zorientować, KTÓRE to są nasze intuicje ;)




Enaktywnego Jam Session występ/przedwstęp/intro/niewiele poza support / albo odsłona zerowa

 


Wyobraźmy sobie jazzowy - dajmy na to - septet, biorący udział w jam session. Następnie wyobraźmy sobie, jak muzycy wspólnie razem, utrzymując interakcję w podstawach rytmicznych, harmonicznych, melodycznych wykonywanego utworu, zaczynają improwizować. Po czym - wyobraźmy sobie... JAK ONI TO CHOLERA ROBIĄ?


Jeżeli przychodzi nam na myśl prosta analogia do potocznie ujmowanego, zwykłego ludzkiego współdziałania, w którym zasadniczą rolę odgrywają: percepcja, spostrzeżenie, refleksja, adekwatna reakcja oraz informacja zwrotna - to musielibyśmy zbudować sobie, wprawdzie spójną i logiczną, choć jakby dziurawą konstrukcję:


Członek septetu, korzystając z zachowanej w pamięci struktury melodyczno-rytmicznej, a jednocześnie śledząc na bieżąco rozwijany tu i teraz tok utworu (czyli: podwójna ścieżka pamięciowo-kontrolna w jego umyśle), rejestruje każdy usłyszany „wkład" kolegi z zespołu i umieszcza w odpowiednim miejscu swojej „taśmy introspekcji". Następnie odnajduje w umyśle oczekiwaną przez niego od innych muzyków reprezentację dźwiękową i realizuje ją w odpowiednim czasie, przekazując to zadanie dalej kolejnemu muzykowi. Nie należy zapominać, że wszystkie te refleksje i decyzje mają miejsce w przeciągu dosłownie mikropauz, na które muzyk musi sobie pozwolić.


Mocno naciągane, prawda? A co będzie, kiedy spróbujemy użyć tego sposobu opowiadania do opisu improwizacji? Sposób ten pozwala nam na przedstawienie ciągu reakcji muzyków, które - jeśli sensowne - muszą realizować w czasie sensowną w odbiorze strukturę, czyli w jakiś sposób ją odtwarzać. Jak jednak można odtworzyć coś, czego jeszcze jako całości (nawet konceptualnie) nie ma?


Do tego należy dodać, że nie ma żadnego występu bez jakiegoś elementu improwizacyjnego  TU I TERAZ - tak jak nie ma zapewne dobrej improwizacji bez prób i obycia się muzyków ze sobą.


Muzycy w każdym razie grają i improwizują, słuchacze pozostają w interakcji z nimi, a wyłaniająca się, dynamiczna struktura muzyczna nie jest kakofonią. Zjawisko ma miejsce, a my mamy jedynie problem z umieszczeniem go w odpowiedniej historii, opowiedzianej odpowiednim językiem. Zaproponujmy więc historię, budowaną bez obliczeń, pauz, refleksji i reprezentacji. Korzystamy z sugestii takich badaczomyślicieli jak Di Paolo, Frith, Elias czy de Jaegher. Przymierzmy się do przedstawienia (może z czasem i badawczo!!!) prawdziwie Enaktywnego Jam Session.


Dziś - głównie  support.


Potrzebny jest prawdopodobnie jakiś kilof na poradzenie sobie z odlanymi w betonie FILOZOFICZNYMI PAŁACAMI-KULTURY-I-NAUKI :-(, które mogły zaprószyć już oczy tak zwanym potocznym intuicjom. Dlatego zapomnijcie na potrzeby „tu i teraz", że punktem wyjścia dla waszych interakcji społecznych miałyby być wasze własne, jednostkowe, niezależne perspektywy. Przymiotnik „społeczny" używany jest od dawna na prawo, lewo i w poprzek (także w teoriach poznania społecznego), ale zasadniczo w znaczeniu kontekstualnym, nie konstytutywnym.


Wyobraźmy sobie..., hmm,  że możemy sobie wyobrazić, że jednak nie jesteśmy solipsystycznymi Pępkami Świata, które ledwo-ledwo zgadzają się na mojość ciała, a już z wielkimi pretensjami i zastrzeżeniami - na usytuowanie społeczne i socjalizację.


Nie chodzi tutaj o ŻADEN ZAMACH NA INDYWIDUALNOŚĆ!

Chodzi o pewien INSPIRUJĄCY WANDALIZM w muzeum antropologii filozoficzno-naukowej - u nas od strony poznawczej. Nie pierwszy zresztą.


Krótka piłka: Co daje nam dostęp do własnych stanów mentalnych? Niech daje go wcześniejszy dostęp do cudzych stanów mentalnych! Dalej: Nasze trzecioosobowe rozumienie innych nie ma być pierwotne, ale wtórne wobec... naszej zdolności do interakcji.


Co to w takim razie za interakcja u podstaw? Podoba nam się kilka zbliżonych propozycji, wśród których wyróżnijmy pomysł McGanna i De Jaeghera, analogiczny do koncepcji zbieżności sensomotorycznych Noëgo i O'Regana. W tej ostatniej proste spojrzenie na przedmiot, dajmy na to butelkę, określa potencjał czynności, jakie jesteśmy w stanie wobec tej butelki wykonać (manualnie i wyobrażeniowo). Ujmując prosto(acko):

WIDZISZ TĘ-I-TU BUTELKĘ, BO WIESZ, JAK JĄ ZŁAPAĆ, OBRÓCIĆ, JAKA JEST Z TYŁU I CO Z NIĄ BYĆ MOŻE, GDY CI WYPADNIE :-)


Natomiast w wersji „społecznej" - to nasza świadomość, że butelka jest trójwymiarowa, namacalna i podatna manipulacjom, wynikać ma z naszego przedrefleksyjnego przeświadczenia o istnieniu innych możliwych perspektyw (osobników do nas podobnych). Znów upraszając:

WIDZISZ TĘ-I-TU BUTELKĘ, BO WIESZ, ŻE MOGĄ JĄ Z INNYCH STRON I NA INNE SPOSOBY OGLADAĆ INNI ;-))))


Rzeczy działają więc jakby najpierw społecznie czy prospołecznie, a dopiero potem poznawczo.


Widzimy na uzgodnionych/skonfrontowanych perspektywach. Na tym stojąc, dopiero świadomiej uzgadniamy tę naszą wyższą własną perspektywę z cudzymi wyższymi. Zdolność społecznej kooperacji byłaby więc opanowaną biegłością w zakresie negocjacji (w analogii do sensomotorycznych biegłości wobec otaczających nas przedmiotów).


W kontakcie z innymi (ludźmi) - wyciągając efektowne sformułowanie z Di Paolo:

Posługujemy się sobą nawzajem w celu niekończącej się eksploracji różnych stylów niekończącej się eksploracji.


Na tym bio-społeczno-antropologicznym bałaganie tutaj poprzestaniemy, mając przed sobą stos neuronów lustrzanych, urządzenia do widzenia przez dotyk, schematów ciała, aplastycznych fantomów itd. No a wszystko to pośrednio po to, aby się w końcu znaleźć wewnątrz, w sercu tego niedającego spokojnie zasnąć, enaktywnego jam session.

 

peem     wuwu

obraz autorstwa i za zgodą msl


Bibliografia:

1.      De Jaegher, H. iDi Paolo, E. 2007. Participatory sense-making. An enactive approach to social

cognition. Phenomenology and the Cognitive Sciences, 6.

2.      Di Paolo, E. The social and enactive mind. Phenomenology and the Cognitive Sciences, 8.

3.      Frith, C. 2008. Social cognition. Philosophical Transactions of the Royal Society B, 363,

4.      Thompson, E. 2007. Mind in life: Biology, phenomenology, and the sciences of mind. Cambridge: Harvard University Press.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Człowiek zmierzwiony

niedziela, 02 maja 2010 22:50

CZŁOWIEK ZMIERZWIONY.

Krążenia norm ciąg dalszy. Z neogenealogii, czyli: bionietzscheanizm?


W poniższym tekście zesupłała nam się refleksja nad funkcją genealogii i Nietzscheańską (z  pozoru nienajświeższą) krytyką moralności z jednym ze współczesnych, mocno ucieleśnionym spinaczem do tego, co ludzkie-społeczne-moralne.


Opisując - już dużo próbujemy wyjaśniać, sporo też selekcjonujemy. Dość niekiedy przekonująco próbują nam to tłumaczyć nauki kognitywne, a wcześniej - m.in. teoria Gestalt.


Patrząc dalej: wyjaśniając i oceniając, stosujemy procedury i normy jako przezroczyste, zobiektywizowane, oderwane już nawet od intersubiektywnych i tu-i-teraz ram. Czy więc - trywializując - wolno powiedzieć, że człowiek, racjonalizując swoje fobie, wynalazł genealogię? Pałęta się ten wynalazek w pismach Nietzschego dotyczących genezy moralności, jest także szeroko omawiany przez francuskich postmodernistów z Michelem Foucaultem i Gillesem Deleuzem na czele. Spojrzenie tych ostatnich wiąże się ściśle z filozofią interpretacji, natomiast w perspektywie nietzscheańskiej  chodzi o historystyczne postrzeganie rzeczywistości - bo to istotny wątek krytyki moralności dokonanej przez niemieckiego filozofa.


Czym genealogia jest i dlaczego różni się od tradycyjnej historiografii? Otóż nie jest ona ani zwykłym zapisem faktów, ani nie doszukuje się dziejowego sensu. Historia dla genealoga pozbawiona jest wymiaru transcendentnego, nie kieruje się żadnymi regułami, nie zmierza w żadnym określonym kierunku, jest po prostu wypadkową zdarzeń. Tak uprawiana refleksja historyczna stawia pytanie o pochodzenie, czas, miejsce powstania i warunki rozwoju wszelkich zjawisk, nie pozostając wszakże bezstronną wobec interpretacji tych zjawisk. Posługując się określeniami Pawła Pieniążka, wypływa ona ze „sztuki podejrzeń", jest „demitologizacją genetyczną", i to „bezlitosną". Genealogia ma charakter antymetafizyczny, bo krytyka metafizyki jest jej głównym celem. Natomiast według Michela Foucaulta genealogia nie poszukuje źródeł zjawisk - gdyż poszukiwanie to zmierza do uchwycenia istoty danego zjawiska, a istnienie takowej Nietzsche odrzucał. Wydaje się jednak, że ukazywanie genezy moralności w celu podkopania jej podstaw jest jednak sięganiem do jej źródeł. Dyskusyjnym pozostaje zagadnienie istoty, nie o niej tu jednak mowa.


A jak wygląda rzeczywistość ludzka postrzegana przez genealoga?


Filozofowie klasycznie wydawali się popełniać wielki błąd, za punkt wyjścia analiz biorąc człowieka funkcjonującego we współczesnym im świecie, wychodząc z założenia, że natura ludzka jest niezmienna. Perspektywa zawęża do czasów dostępnych badającym. Tymczasem obecny stan ludzkości jest najwyraźniej wynikiem zachodzenia pewnych procesów, efektem „kształtowania" go przez kulturę, religię czy wydarzenia polityczne. Podobno człowiek „stał się" - ale przecież  „wszystko się stawało" i staje. W ten sposób genealogia staje się również krytyką zjawiska moralności.


Gdyby do tego stanowiska próbnie dokooptować współczesne, ciągle pionierskie podejście enaktywizmu społecznego, wstępnie uzyskać można interesujące dopełnienie. Aspekt społeczny przestaje być wtórny i kontekstualny. Tym samym człowiek wcale się nie staje JAKO TAKI w efekcie zmian społecznych, ale zmiany te „dokonują się człowiekiem"; zmieniają się ludzie w kooperacji społecznej, a tym samym trwa participatory sense-making, wspólne tworzenie sensu w byciu współuczestnikiem. Na miejscu stają się tutaj uwagi z naszego tekstu:  Enaktywne Jam Session/1. Im dalej w las szczegółów, tym ciekawsze są tego konsekwencje - także dla fenomenu moralności.


Geneza moralności, dociekana na sposób Nietzscheański, służy również uderzającymi analogiami względem pewnych ultrawspółczesnych prób jej dociekań. Według niemieckiego wichrzyciela mądrość instynktowna ukazuje się w naturze odstępującej od normy, by tu i ówdzie stawać przeszkodą świadomemu poznaniu. U kreatywnych ludzi instynkt ma być właśnie siłą twórczo-potwierdzającą, a świadomość zachowywać się krytycznie i odradzająco. Natomiast u skostniałych filozofów-moralistów spod znaku Sokratesa instynkt (dajmonion) miałby stać się krytykiem, świadomość twórcą. „Prawdziwa potworność per defectum!". Nietzsche przedstawia też podział, który można uznać wprost za sugerowane tu rozróżnienie, wyartykułowane w nowym języku, opartym na pojęciu „decadence": „...jedna moralność to ta, której instynkt zdrowy jeszcze broni się przeciwko poczynającej się decadence, a druga moralność to ta, w którą ta właśnie decadence formułuje się, usprawiedliwia się i sama wiedzie na dół...". Stwierdza również (a powołujemy się tutaj na różne pisma): „Moralny sposób istnienia postępuje za naszymi działaniami, ale im nie przewodzi" i „w moralnościach uwieczniły się najróżniejsze popędy".


Przedrefleksyjne oraz umocnione emotywnie, wręcz ewolucyjnie podejście do moralności wydaje nam się inspirującą, czyli właściwą drogą dociekania tego zjawiska. W uzupełnieniu: korzenie zachowań moralnych wywodziłyby się z posiadania TAKICH A NIE INNYCH CIAŁ, dysponowania takim a nie innym ŚRODOWISKIEM, takim a nie innym SPOSOBEM JEGO PERCYPOWANIA. Moralność zasadnie nie dotyczy nas apriorycznie, przed tym progiem uczestnictwa w świecie; nie ma nic wspólnego z czystymi duchami i światem czystych wartości - bo czyste duchy, które się nie potykają o krawędź chodnika, nie wydają się potrzebować najdrobniejszej nawet sugestii etycznej.


Nie świadczy to o relatywizmie, a jedynie o mocno cielesnym i społecznym, realnym statusie moralności.


W kooperacji międzyludzkiej akcent działań zostaje przeniesiony na interakcję między subiektywnościami. Przy tym i przez to normy moralne, tworzące się jako autonomiczne i immanentne wobec tego co intersubiektywne, z perspektywy jednostki (czyli zaledwie strony) postrzegane są jako heteronomiczne. Takie są konsekwencje potraktowania pojedynczego człowieka (w miejsce najmniejszej relacji intersubiektywnej) jako najmniejszej jednostki moralności, systemu etycznego.


Jesteśmy odruchowymi uczestnikami tworzenia sensu. A NIE JESTEŚMY - PODMIOTAMI IMPERATYWÓW.


Syntetyzując poglądy Nietzschego: jedna z możliwych do wyodrębnienia jego teorii upatrująca genezy pewnego modelu moralności w resentymencie ukazuje, że wartości stawiane przez ten model na piedestale, po pierwsze, są zaledwie reakcją, po drugie, wypływają z odczuć, postaw, czy zachowań, które obecnie są przez ten model wartościowane bardzo negatywnie. Natomiast druga teoria, upatrująca genezy owej moralności w użyteczności czynów wartościowanych przez nią pozytywnie, pokazuje tylko, że owe najwyższe wartości mają źródło w niższych - ale również pozytywnych - wartościach. Obie te teorie odbierają więc wartościom metafizyczny charakter i wskazują na samego człowieka jako ich twórcę.


Czy warto pójść za (czy jednoznaczną?) sugestią Nietzschego i uznać to za okoliczność pozbawiającą moralność jej wartości? Przynajmniej dzisiaj nie wydaje się to konieczną konsekwencją.

 

   peem       wuwu


Bibliografia:

1. Di Paolo, E. 2009. The social and enactive mind. Phenomenology and the Cognitive Science, 8.

2. Jaspers, K. 1997. Nietzsche: wprowadzenie do rozumienia jego filozofii. Przeł. D. Stroińska, Warszawa.

3. Markowski, M.P. 2001. Nietzsche. Filozofia interpretacji, Kraków.

4. Nietzsche, F. 2003. Narodziny tragedii czyli hellenizm i pesymizm. Przeł. L. Staff , posłowie T. Macios, Kraków.

5. -. 1991. Ludzkie, arcyludzkie, t. 1, przeł. K. Drzewiecki, Warszawa.

6. -. 2001. Poza dobrem i złem: preludium do filozofii przyszłości. Przeł. i wstępem op. Grzegorz Sowiński, Kraków.

7. -. 2006. Z genealogii moralności. Pismo polemiczne. Przeł. L. Staff, posłowie - J. Hartman, Kraków.

8. -. 2003. Wola mocy. Przeł. S. Frycz i K. Drzewiecki, posłowie - B. Banasiak, Kraków.

9. -. 1994. Pisma pozostałe 1876-1889. Wybrał, przeł. i przedmową op. B. Baran, Kraków.

10. Pieniążek, P. 1991. Poznanie historyczne i sztuka życia w „Ludzkim, arcyludzkim" F.  Nietzsche. Ludzkie, arcyludzkie, t. 1. Warszawa.

11. Noë, A. 2009. Out of our heads. Why you are not your brain... New York: Hill and Wang.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Szaleńcy zen?

poniedziałek, 03 maja 2010 1:12
SZALEŃCY ZEN? Pokonferencyjnie;)

Jak zen ma się do antropologii współczesności?

Zen to hiperwspółczesność, a jego mistrzowie to prorocy antropologii!

[my]


She went to India to look for her true self,

but all she came back with was a pair of sandals.

[za: Żabicka 2002: 88]



Mowa o konferencji fenomenowi/hasłu szaleństwa poświęconej - my jednak zdecydowaliśmy się na własne podejście do kwestii, jak ma się szaleństwo do poczynań mistrzów zen:



SZALEŃSTWO: zachowanie niezgodne z normami, nienormalne, nieobjęte (jeszcze?) normami; choroba psychiczna; stan niepanowania nad sobą.


ZEN:  buddyzm w wersji punk, prosty, lapidarny i niegadatliwy jak kamyk w brzuchu ryby, a trochę jak dziura po kwasie wylanym na barokowej tkaninie systemu filozoficzno-psychologiczno-religijnego mahajany. w skrócie: punk-buddyzm.


MISTRZOWIE ZEN: hmm, właśnie... niekonwencjonalni nauczyciele pokazujący drogę adeptom zen vs wariaci pobudzeni złudzeniem wyzwolenia od konwencji życia? frontmeni zenowych kapel, nawiedzeni własnym pomysłem na wejrzenie w prawdziwą naturę rzeczywistości i mogący się nim ewentualnie podzielić?


ZNAKI SZCZEGÓLNE: koany zen, ekscentryczne nie-wiadomo-co, nieogarnialne potocznym ani naukowym rozumieniem pytania, wypowiedzi i polecenia skierowane do bogu ducha winnych uczniów, których należy wydobyć z samych siebie poprzez teksty w rodzaju: 'jeśli odpowiesz poprawnie, dostaniesz w twarz; jeśli odpowiesz niepoprawnie, dostaniesz w twarz; jeśli nic nie powiesz, dostaniesz w twarz'.


POSĄDZENIA: o chorobę psychiczną, lekceważenie norm; zblazowany ekscentryzm; manipulację sekciarską; pustosłownie patentowanych leni; posądzenia o szaleństwo. Kategorie szaleństwa i/lub ekscentryzmu - całkiem łatwe (no ale czy zasadnie?) do przywołania wobec mistrzów zen.



NASZ GŁOS w sprawie:


Wobec buddyzmu w ogóle, a co dopiero zen, pojawiają się zwykle dylematy, czy jest on „stuprocentowo" religią, a także - czy jest ateistyczny, czy jest mistycyzmem, czy stanowi filozofię, czy jest nihilistyczny, czy może sprowadza się do autoterapii, a może wręcz stanowi psychologię, czy o buddyzmie zen jest sens - poza samą praktyką - w ogóle mówić itd.

Trudno jednak pominąć niektóre kwestie wydające się istotne co najmniej u podstaw buddyzmu - oto jedna z nich, zawarta w wypowiedzi Buddy z Kalama Sutry:


Nie kierujcie się tym, coście usłyszeli, ani żadną tradycją, ani autorytatywnym stwierdzeniem, ani wiadomością ze świętych pism, ani wyłącznie racjami rozumowymi czy wywodami logicznymi, ani powierzchownymi rozważaniami, ani zgodnością z waszymi własnymi poglądami czy mędrkowaniem, ani pozorami rzeczywistości. Nie myślcie: „Ten 'samaņa' jest naszym nauczycielem, więc będziemy mu wierzyć.


Podejściem, które w wyjątkowy, bezprecedensowy sposób tratuje owe nauki, jest jedna z późniejszych a znacząca wersja buddyzmu określana jako zen (dzen). Otwarcie wyrażana opozycja względem dyktatu  dyskursywnego myślenia, medytacja i praca z koanami (w szkole rinzai - w odróżnieniu od „niewerbalnej" tradycji szkoły soto), a przy tym zdecydowany nacisk na intensywne przeżywanie codzienności, bezpośrednie doświadczanie i  pozawerbalną komunikację wyabstrahowały naukę Buddy z lokalnych, religijno-kulturowych kontekstów. Jeśli chodzi o koany: są to szczególnie potraktowane wypowiedzi nauczycieli zen lub fragmenty sutr, które są jakby „zadaniami" dla adeptów zen; ich rozwiązanie-zrozumienie ma być całkowicie indywidualne, dokonane poza dyskursywnym myśleniem, co przejawić się może werbalnie lub niewerbalnie. Sama „metoda wpatrywania się w koan" polega na ciągłej pracy z koanem przez pewien czas, co wiąże się nie z intensywnym myśleniem o koanie, ale z ciągłym „byciem" z tym tekstem, noszeniem go w swoim umyśle, „doświadczaniem" go - mimo koncentrowania się na innych codziennych sprawach.


Dla wielkiej części potencjalnych „odbiorców" buddyzmu taka jego forma jak w zen - z  pozoru szokująca, ostentacyjna, jakby nihilizująca - musiała stanowić nie lada problem, wymagała bowiem nie tylko zerwania z  dotychczasowym torem myślenia i działania, ale ogólnie rezygnacji z jakiegokolwiek stałego, utartego toru. Z drugiej strony - być może właśnie bezpośredni charakter nauki buddyjskiej, w jakim przekazuje ją zen, ułatwił jego recepcję na Zachodzie - w czym niemała zasługa takiego pioniera jak Suzuki.


Jednak ta druga strona ma swoją trzecią stronę: Zachód, dysponując maszynką do filtrowania Normalności od Nienormalności, co jakiś czas wymachuje ją nad głowami adeptów zen, zwłaszcza w rzekomej obronie młodych ludzi, tym ruchem zafascynowanych. Wentylem bezpieczeństwa jest w naszym świecie Sztuka, jako odgrodzony, więc względnie bezpieczny plac zabaw. Ruch zen natomiast postrzegany bywa jako ryzykowne przeskoczenie takiego ogrodzenia w stanie umysłu zwierzako-przedszkolaka.


Irracjonalność (naszym zdaniem) tych obaw trudno i głupio jest wykazywać w ogólnikowym wymiarze. A potrzebne też jest to raczej i doraźniej nam tutaj niż mistrzom zen do prawdziwej obrony. Pozwólmy więc sobie na detaliczne podejście. Weźmy do rąk sprawę języka - i koanów; i rzekomej nielogiczności tychże, tak często wiązanej w tej części świata ze sferą szaleństwa.


Wypowiedzi zen jawią się (=najczęściej są przedstawiane) jako w najlepszym wypadku nihilistyczne, wściekle atakujące użyteczne konwencje życia; ostatecznie obnażają one swój rzekomy brak jakiejkolwiek konsekwencji, nielogiczność i niespójność. Pozorny to, ale częściowo mocno utrwalony obraz; na szczęście ma swoich przeciwników. Agnieszka Kozyra, powołując się między innymi na autorytet nauczyciela Chen-chi Changa, wskazuje na pozorność zenistycznej negacji dyskursywnego myślenia: mistrzom zen chodzić ma w dużej mierze o krytykę wyłączności rozumu klasycznego jako narzędzia poznawczego.


Czy oświecenie zen ma coś w nas rozstroić, zniszczyć, dobudować? Tak kompetentna literatura, jak praktycy zen raczej przeczą takiemu stawianiu sprawy. Postulowane tu pokonanie ułudy i  wejrzenie w Prawdziwe Ja nie zmienia ludzkiej natury, niczego człowiekowi nie daje - nawet przeciwnie, odbiera złudzenia, co umożliwia stać się tym, kim się jest naprawdę, by móc - mówiąc językiem zenu - wrócić do domu i zobaczyć rzeczy takimi, jakimi one są (Scott i  Doubleday). Kozyra dość metodycznie rozpracowuje wątpliwości co do tego, by oświecenie miało jakościowo zmieniać podmiot - a  czyni to między innymi w kontekście zenistycznej metody logiki paradoksowej. Nie jest możliwa absolutna przemiana „ja", bo tego „ja" absolutnie nie ma. Niektórzy również cytują zapisy wypowiedzi samego Gautamy w tym temacie: Wszystkie żyjące istoty są z natury oświecone i noszą w sobie odpowiedź na pytanie o sens życia i śmierci. Oświecenie polegałoby więc na szerokim uzmysłowieniu sobie prawdy o rzeczywistości takiej, jaka jest dla człowieka możliwa, a przy tym na zoptymalizowaniu potencjału afirmującego tę rzeczywistość.


„Zoptymalizowanie potencjału afirmującego" - zabrzmiało strasznie ;) i co bardziej zzenizowany mistrz uciekłby pewnie przed takim tekstem w jakieś krzaki.


Trudno i koślawo (zwłaszcza poza poezją zen), albo też tautologicznie mówi się o naturze tego, co wymyka się klasycznym ujęciom dyskursywnym, przepływając im jak nicość przez palce. W koanach - jeśli nie przypisywać im wyłącznie alogizmu - wyróżnić można jednak coś w rodzaju logiki nieklasycznej. Takiej interesującej próby dokonał współczesny japoński (bodaj w tym szeregu największy) filozof, Kitaro Nishida; mówi on o stosowaniu logiki „absolutnie sprzecznej samotożsamości" („logiki paradoksu" - hairi no ri), do czego na naszym gruncie interesująco nawiązuje w swoich pracach Kozyra.


W logice tej - jak w innych a znanych nam nieklasycznych - uchylona zostaje zasada niesprzeczności. Prawdziwą naturę rzeczy, jej „samotożsamość" najlepiej charakteryzuje paradoks, który wskazuje na współobecność w niej przeciwieństw. Kozyra wskazuje na dwa rodzaje sądów sprzecznych: sądy sprzeczne dwuwymiarowe oraz sądy sprzeczne jednowymiarowe. W pierwszych sprzeczność jest pozorna, ponieważ każdy z elementów sprzecznych odnosi się do innej sfery rzeczywistości dotyczącej omawianego obiektu. Natomiast drugi typ - właściwy już logice paradoksowej - łączy takie elementy w obrębie jednej sfery, co wskazuje na „absolutnie sprzeczną samotożsamość". Nishida nie był jedynym, który wskazywał na taki charakter logiki zen. Np. Kyōdō Shibano używał wobec niej określenia: „logika negatywnie afirmatywna", a także „niedualna logika transteoretyczna". W analogii do epistemologii, na płaszczyźnie metafizycznej autorka Filozofii zen wyróżnia przesłanki dla teorii zwanej „nihilizmem paradoksowym" (korzystając znowu z określenia obciążonego niekorzystnymi znaczeniami). Rzeczywistość, czyli „nicość absolutna", ujmowana jest w niej przez „sprzeczną tożsamość" tego, co na Zachodzie określa się jako byt i jako niebyt - w odróżnieniu od „nicości relatywnej", czyli braku bytu. Kozyra wskazuje przy tej okazji na pewne zbieżności z elementami filozofii Heideggera, natomiast w rozważaniu problemu nihilizmu powołuje się na Passentiego. Rozważania te pomagają jej w identyfikowaniu źródeł pojęć jaźni „jednostkowej" oraz „oświeconej". Pierwsza jest wynikiem błędnych prób ujęcia własnego statusu przez podmiot-umysł. Samo to błądzenie zdaniem Nishidy polega na tym, że uważamy za nasze prawdziwe „ja" uprzedmiotowioną „jaźń jednostkową", czyli analizujemy ją jako przedmiot poznania z punktu widzenia logiki klasycznej. Z kolei oświecenie jawi się tu jako przekroczenie poznawczych dualizmów, bez aury mistycyzmu czy cudowności, w kategoriach „zdania-sobie-sprawy", a nie zyskania czegokolwiek nad to, co już się posiada.


Po tym przemądrzałym (a i tak zbytnio upraszczającym) przegadaniu tematu - naszkicujmy konkluzję może  już tylko delikatnym pędzelkiem poetyckiej kaligrafii zen:


zanim zaczniesz zen, góry są tylko górami, a rzeki jedynie rzekami;

po pierwszym przebłysku prawdy zen góry nie są już więcej górami, a rzeki rzekami;

po oświeceniu góry są znowu górami, a rzeki rzekami

[Mały Poradnik Zen].


    wuwu    peem


Bibliografia:


  1. Kozyra, A. 2004. Filozofia zen. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.
  2. Krishnamurti, J. 1989. Wolność od znanego. Wybrała: M. Lutyens. Przeł. F. Urbańczyk. Warszawa: Wydawnictwo Pusty Obłok.
  3. Mały poradnik zen. 1994. Red. D. Schiller. Przeł. M. Obarski. Poznań: Zysk i S-ka Wydawnictwo.
  4. Merzel, D. G. 1995. Oko nigdy nie śpi. Przeł. A. Getsugen Krajewski. Warszawa: Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza.
  5. Muttāvali. Księga wypisów starobuddyjskich. 1999. Przeł. i skoment. I. Kania. Kraków; Oficyna Literacka.
  6. Scott, D. i Doubleday, T. 1995. Zen. Przeł. G. Draheim i J. Jastrzębska-Okoń. Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka.
  7. Suzuki, D.T. 1979. Wprowadzenie do buddyzmu zen. Przeł. M. i A. Grabowscy. Warszawa: Czytelnik.
  8. Żabicka, A.. 2002. Pojęcie jaźni: konceptualizacja i wyrażanie a język. Kraków: Universitas.  

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

zapowiedź

czwartek, 06 maja 2010 0:03
w przygotowaniu:

kobieta BEZ mężczyzny JEST jak RYBA bez ROWERU

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

GOŚĆ:-) GOŚĆ:-) GOŚĆ:-) GOŚĆ:-)

czwartek, 10 czerwca 2010 9:40

OnLive - nowy pomysł, stare możliwości, tfu, stary pomysł, nowe możliwości


Raz na jakiś czas pojawia się coś pozornie nowego co ma zmienić oblicze świata. Jeżeli chodzi o technologię i ich ewolucję to może górnolotne słowa, ale wieszczy się nam taką właśnie rewolucję. Wiąże się to z przesyłaniem danych w formie obrazu. W czym rzecz? Zatem przejdźmy do naszego bohatera.


Pamiętacie grę telewizyjną Hugo? Zapewne nie wszyscy więc pokrótce przypomnę o co w tym chodziło. Na ekranie naszego telewizora wyświetlał się mały stworek . Nasza rola polegała na tym, że kierowaliśmy bohaterem na ekranie. Musieliśmy zadzwonić do studia w którym program się odbywał i za pomocą sygnału wysyłanego przez nasz telefon sterowaliśmy poczynaniami stworzenia wędrującego w naszej ,,telewizorni". Pomysł na taką zabawę ma już kilka dobrych lat, ale jeżeli jakieś rozwiązanie się sprawdził to czemu do niego nie wrócić.


Takim, w cudzysłowie rodzajem powrotu jest OnLive. Platforma multimedialna typu wideo na życzenie. Na czym to polega? Tworzymy serwery o potężnej mocy obliczeniowej opartych o najnowsze technologie w dziedzinie sprzętu komputerowego. Siecią przesyłamy obraz z gier komputerowych, które są uruchomione na serwerach. Ostatecznie obraz ,,ląduje" w naszym komputerze lub telewizorze. Co jest w tym wszystkim jest najbardziej istotne? Mianowicie, to że możemy grać w najnowsze gry bez posiadania drogiego sprzętu. Sygnał z naszego komputera wysyłany jest do platformy, a my dostajemy obraz. W przypadku telewizora dostajemy specjalne kontrolery. Można by rzec genialne w swej prostocie. Pojawiają się jednak szeregi pytań. Po pierwsze jak będzie wyglądało to finansowo? Czy będziemy płacić abonament i oddzielnie wykupywać czasowe lub bezterminowe licencje na poszczególne tytuły. Inne zagadnienie to jaka będzie reakcja producentów hardware-u? Potencjalnie taka platforma jak OnLive eliminuje potrzebę kupowania drogiego sprzętu przez poszczególnych graczy. Sprzęt potrzebny jest tylko ,,serwerownią". Jak producenci rozegrają to między sobą? Tego nie wiemy. W tym miejscu pojawia się inna kwestia. Jak przejdzie proces przyjmowania nowej technologi w poszczególnych środowiskach. W internecie już pojawiają się komentarze o wyparciu stałych nośników takich jak CD i DVD służących do zapisu gier. Taka opcja wydaje się być mało prawdopodobna. Pojawia się pytanie jak będzie z płynnością przesyłanego obrazu, kwestia tak zwanych lagów. Producent chce wysyłać obraz w formacie HD na łączach 1,5 MB/s. Na razie projekt jest w fazie beta testów na terenie USA. Jak wiadomo mała część świata może się pochwalić tak dobrze rozwiniętą siecią internetową co znacznie może ograniczyć ekspansje tego projektu.


Przedsięwzięcie robi wrażenie, jak sprawdzi się w praktyce? Nie wiadomo. Najbardziej interesuje mnie reakcja producentów hardware'u i jak będzie przechodził proces wprowadzania nowej technologi. To wszystko i wiele innych dylematów związanych z projektem czeka na wyjaśnienie. Tak więc niech zawrze rewolucyjna wrzawa.


Linki:

http://www.onlive.com/

http://www.youtube.com/watch?v=2FtJzct8UK0&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=i5Z5Rsw7cNY&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=tW5-xD7gzLY&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=ab8lcQrpQjY&feature=related


 BeM


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

hth laboratory

piątek, 11 czerwca 2010 1:11

head-to-head laboratory;))


rozpatrywanie laboratorium pod kątem jego etnografii może dawać równie intrygujące efekty co dobijanie niedobitych pomniejszych kartezjuszy za ich odcieleśnioną gabinetowość.

 

pomyśleliśmy jednak o jeszcze innej możliwości. o tym, że do pewnego stopnia takim kameralnym laboratorium może być konkretny zestaw (pary lub więcej) umysłów - oczywiście z całym ich pakietem cielesnym i środowiskowym.

 

 czyli mamy dajmy na to do dyspozycji:

  • parę umysłów
  • ich wyposażenie w nie tylko w ośrodkowy układ nerwowy,
  • ale również w gałki oczne,
  • pięści,
  • trochę kserówek
  • i kawałek przestrzeni do wymachiwania tym wszystkim (np. bulwaru filadejfiskiego).


umysły te, wyhodowane na pożywce starego typu, otrzymują na pobudzenie dawkę nowych haseł z obrębu nauk poznawczych, naruszającą w jakimś stopniu zastane sposoby myślenia o naszych procesach percepcyjno-mentalnych.

 

co się zaczyna dziać w takim małym laboratorium?


hm... powiedzieć, że następuje próba zmierzenia się z nowym tematem i jego wiarygodnością bądź potencjałem poznawczym w toku rozmowy i na bazie dysponowanej wiedzy naukowej - to zdecydowanie za mało powiedzieć. jeśli chodzi o wymagania antropologa permanentnego.

 

sprowokowana sytuacja to dużo więcej, bo:

wręcz styk różnych mikrokultur

(...jak nie ma reprezentacji? - no jakby nie ma. świat jest sam swoim najlepszym modelem. - dobra, wyczytałeś efekciarskie hasło, to je teraz przybliż. - no jak o nim pomyślisz, jest dość logiczne. - bardziej logiczne to są tu potoczne intuicje)

konfrontacja różnych  przyzwyczajeń jako osobistych „czarnych skrzynek" poznawczych

(nawet intuicyjnie posługujesz się reprezentacjami, każdy bezmyślnie wie, że są. czemu nagle o nich nie mówić? - a gdzie tam. jak każdy wie że są, jak nikt nie wie, czy są?)

konfrontacja różnych oczekiwań i różnych typów wyobraźni

(intuicje potoczne. - jakie intuicje? kto je porządnie badał? pobożne życzenia dennetta i reszty. - dennetta pobożne?)

próba jakości kontaktu między interlokutorami

(idź spytaj rolnika o reprezentacje. - to spytaj rolnika o gibsona i afordancje. - bez sensu rozmowa, robienie na siłę nowinek w nauce)

a więc i próba ich znajomości

(no to weź krowę rolnika. - a co krowa niby? - poznaje bez reprezentacji. - aa, twoje intuicje jako krowie intuicje? że wie co zje? - no nie tylko, wie tyle dokąd zje)

wzajemne temperowanie emocji (ba!)

wzajemne badanie granic zaufania i stopnia wiarygodności

(w posługiwaniu się reprezentacjami są luki i kłopoty. - kwestia czasu i może ich nie będzie. - a nie lepiej już teraz zmienić sposób mówienia i myślenia o poznaniu? - podaj dowody, czysto niereprezentacyjne)

i ogólniej:

reorientacja w przestrzeni intersubiektywnej

drastyczna rewizja możliwości kooperacji rzutująca na przyszłe kontakty

walne i zbrojne podejście do dostrojenia się lub rozstrojenia się tej inter-całości

(każdy twój zwolennik reprezentacji powie ci, że te dowody z czasem wytłumaczy się reprezentacjami. - jak tak będziesz dowodził, to wolę rolników i reprezentacje niż wmawianie nowych intuicji)

A zasadniczo:

okazja wydobycia na jaw sporego potencjału białych plam oraz czarnych dziur nie tylko w kameralnej amatorskiej współpracy naukowej, ale w całym pakiecie relacji poznawczej

(taak...? to może koniec tematu, nie myśl już, idź i załóż rodzinę. - nie, to może początek tematu, ale nie tyle cytuj co w końcu argumentuj)




Być może takie kameralne laboratorium poznawcze to najbardziej lekceważone choć autentyczne zaplecze badawcze, tanie, przenośne, rozkładalne i nieprzemakalne. I być może zdolne uzupełnić zakrojone szerzej badania nad procesami docierania się ludzi i wiedzy.



wuwu i peem


fot. awu


Bibliografia:

Brooks, R.A. 1991. Intelligence without representation. Artificial Intelligence 47, 139-159.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

tworzymy przestrzeń

środa, 30 czerwca 2010 3:17

Jak tworzymy przestrzeń (także moralną)?

 


Kierowca, pieszy i rowerzysta to odmienne typy podmiotów, poruszających się w przestrzeni miejskiej w różnych niszach i wchodzących w odmienne ramy interakcyjne (Abriszewski 2008: 13). Tworzymy, współdzielimy, uzupełniamy pewne całości, hybrydy, mało tego - nowo konstytuowane podmioty, i dopiero z ich perspektywy możemy zasadnie dookreślić przestrzeń. A gdyby pokusić się o to, by podejrzeć, jak wygląda to od oddolnej strony, ulotnej ontologicznie, w pewnej mierze subiektywnej, a w pewnej - nie nad-, ale subpersonalnej?


 


Zbieżności sensomotoryczne - brzmi jak ciachnięcie naukowych nożyc na fenomenologicznym materiale. Ich koncepcja to potraktowanie percepcji jako właśnie eksploracji własnego środowiska, ale w ramach indywidualnych umiejętności wytrenowanych w kontakcie z  nim, wykorzystywanych także w rozumowaniu i mowie. Przedstawiciele: Kevin O'Regan i Alva Noë. Zestaw filozofii i neuronauk na dwóch parach nóg. Wiadomo że samo motoryczne podejście do postrzegania i  percepcyjne ujęcie świadomości mają swe źródła w sugestiach między innymi Maurice'a Merleau-Ponty'ego, a pośrednio sięgają jeszcze intuicji Davida Hume'a.


A już współcześnie: związany z psychologią percepcji O'Regan, pracujący naukowo nad procesem widzenia i badający zjawisko ślepoty na zmianę, eksploatuje sensomotoryczne podejście do percepcji wraz z dalszymi tego konsekwencjami, zwłaszcza dla dociekań fenomenu świadomości. Wyjaśnianie aktywności umysłu nie może według niego ograniczać się do sfery procesów fizyko-chemicznych, ale musi brać pod uwagę także doświadczenie eksploracji środowiska. Akty percepcji składają, formułują całe bogactwo przeżycia zewnętrznego świata; to co wyobrażaliśmy sobie jako „odbiór danych" od przedmiotów poznania, byłby raczej naszym ruchem, dynamicznymi czynnościami wokół tych przedmiotów. Czynnościami odpowiednio umotywowanymi, ponieważ - mówiąc w uproszczeniu - zasadniczo poznajemy to, o co sami siebie aktualnie zapytujemy. Sensomotoryczne ujęcie świadomego doświadczenia stwarza także nowe pole dociekań nad naturą emocji i uczuć. Z drugiej strony - wyniki tych dociekań można odnosić również do dziedziny robotyki.


Niesłychanie owocna okazała się współpraca O'Regana z Alva Noë, filozofem-kognitywistą. Autorzy A sensorimotor account of vision and visual consciousness (O'Regan i Noë 2001; polski przekład: 2008) z jednej strony mają czelność mocno uprościć ujęcie poznania - mówiąc, że nie jest ono jedynie związane z działaniem, ale że wręcz jest samo działaniem - a z drugiej strony deklarują duży szacunek dla klasyków fenomenologii. Rezygnują z koncepcji tworzenia się wewnętrznych reprezentacji świata zewnętrznego na podstawie danych zmysłowych; aktywność zmysłowa ani żadna inna nie dostarcza doświadczeń, ale sama jest zaangażowanym doświadczeniem. Zobaczyć to znaczy eksplorować swoje środowisko w sposób zapośredniczony własnym mistrzostwem w zakresie zbieżności sensoryczno-motorycznych oraz wykorzystywać to mistrzostwo w planowaniu, rozumowaniu i zachowaniach związanych z mową (O'Regan i Noë 2008: 153). Przy czym zachodzi ważna poznawczo, złożona zależność między owymi kształconymi zdolnościami a zmiennymi osiągnięciami poznawczymi.


Widzenie (najlepiej zbadana forma percepcji) to jakby sposób „mapowania", „próbowania" danych elementów rzeczywistości; to manipulacja, przymierzanie się do takiego czy innego dalszego zadziałania wobec nich. Służy temu dynamiczny (a nie statyczny, jak mniemano) tryb odbioru np. barw. Postrzegany świat, dostępny we wrażeniach jako obraz ciągły i całościowy, to nie - jak już wspomniano - reprezentacja, ale swoista „pamięć zewnętrzna", angażująca i umożliwiająca sprawną działalność. Doznający jest zawsze czynnie zaangażowany w środowisko - a przez to jego akty poznawcze z naddatkiem realizują wymogi on-line cognition (O'Regan i Noë 2008: 138-236).


Pomysły te Noë konsekwentnie rozwija w swoich późniejszych pracach. Podkreśla już na samym początku Action in Perception: Percepcja nie wydarza się w nas ani nam. Jest ona tym, co sami robimy (W.W.) (Noë 2004: 1). Daje tu o sobie w pełni znać stanowisko enaktywne: percepcja podmiotu to jego aktywność w środowisku bazująca na posiadanych umiejętnościach, nastawieniach i przekonaniach. Świadomość może być stopniowalna i różnicowana; natomiast nie sprowadza się do stanów neuronalnych, jej jakościowy charakter wiąże się z indywidualną wprawą w działaniach sensomotorycznych. Perspektywa pierwszoosobowa broni się właśnie ową stroną doświadczalną i zastosowaniem osobistej wiedzy typu know-how, z zasady nieprzekładalnej na dostępny trzecioosobowo pakiet czysto informacyjny (Noë 2004: 230-232). Konkluzję, że nasz umysł nie powstaje ani nie funkcjonuje w samym mózgu ani tylko w nas, Noë interesująco eksploatuje w swojej ostatniej książce, uderzając tym samym w pewnego rodzaju obsesję, jaką na punkcie mózgu mają według niego współcześni teoretycy poznania (Noë 2009).


Według Noëgo prawdziwe doświadczenie byłoby uwikłaną w świat realizacją kontroli i uwagi w ramach własnych potrzeb i dążeń. Dokonywaną przez agenta (=odmetafizyczniony podmiot tu-i-teraz) tak a nie inaczej wplątanego w środowisko, inne ciała, artefakty... To uwikłanie - jak najbardziej dosłowne - czyni z kierowcy, pieszego i rowerzysty tak bardzo różne typy podmiotów, że mówiąc o ich przestrzeniach, należałoby w miejsce określania ich za pomocą praw fizyki przejść na pojęcie praw zbieżności sensomotorycznych (konstytuujących również - z innej perspektywy - prawa nowego rodzaju ontologii).


     wuwu  i  peem


obraz autorstwa i za zgodą: msl


Bibliografia:

1. Abriszewski K. 2008. Drogi wartości. Toruńska przestrzeń i jej podmioty moralne. Do Torunia kupić kunia. red. H. Czachowski, A. Mianecki.

2. Noë A. 2004. Action in Perception. Cambridge: The MIT Press.

3. Noë A. 2009. Out of Our Heads. Why You Are Not Your Brain, and Other Lessons from the Biology of Consciousness. New   York: Hill and Wang.

4. O'Regan K. i Noë A. 2008. Sensomotoryczne ujęcie widzenia i świadomości wzrokowej. Przeł. A. Gruszka. Formy aktywności umysłu. Emocje, percepcja, świadomość. Klawiter A., red. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.


 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

gość:-) gość:-) gość :-) gość :-)

środa, 30 czerwca 2010 3:37

Z serii USOS-owe opowieści - szara strefa z perspektywy studenta


Na temat cudowności i nie cudowności wyżej wspomnianego powstało już wiele wypowiedzi. Ja będąc skromnym (niektórzy powiedzą leniwym - no może też) chciałbym na antropologiczno punkowym wysypisku poruszyć tylko malutki, taki tyci, tyci fragment zagadnienia. Będzie się to tyczyło tak zwanych agentów USOS-a (nie zupełnie jak w Matrxie), szarej strefy oraz pewnej możliwości jaka się za tym kryje. To wszystko za chwile.


Krótkie wprowadzenie do naszej zabawy, a więc...



Legenda:

- USOS (Boss gry) - wirtualny program mający za zadanie obsługę studentów na wielu płaszczyznach administracji.

- Agent USOS-a (fizyczna manifestacja sił USOS-a) - osoby korygujące współprace między programem, a administracją poszczególnych wydziałów uniwersytetu.

  • Szara strefa - w odniesieniu do powyższego zagadnienia są to wszelkie działania w obrębie USOS-a odbywające się bez dokładnej wiedzy administracji wydziału.


Legenda ta oczywiście jest wielkim uproszczeniem i ma za zadanie tylko bardzo powierzchowne ukazanie poszczególnych terminów. Przejdźmy do konkretów. Jednym z głównych zadań systemu USOS było ulepszenie komunikacji między poszczególnymi strukturami uniwersytetu: rektoratem, wydziałem i studentami. Drugim celem było stworzenie możliwości dla tworzenia bardziej elastycznych programów studiów. Ocena rezultatów tych działań pochłonęła by wiele czasu i mogła by posłużyć za oddzielny temat. Tym nie będziemy się zajmować w tym krótkim tekście, po za tym nie jest to jego celem. Osobą nadzorującą komunikacje na linii rektorat - wydział, a także wydział - studenci za pomocą USOS-a jest tak zwany agent. Jego rola polega między innymi na korygowaniu błędów systemowych. Powiadam między innymi bo jego możliwości można wykorzystać zupełnie inaczej. Zajmiemy się połączeniem wydział - studenci.



Jeden z problemów żaka polega na tym, że często jego wielkie ambicje edukacyjne wypalają się wprost proporcjonalnie do trwania roku akademickiego. Na początku semestru pozytywnie nastawieni rejestrujemy się na ogrom przedmiotów. No tak, są interesujące, a tu kurs taki, siaki. Świetnie, jesteśmy z siebie dumni, podołamy. W miarę upływu czasu nasze chęci się nieco pogarszają. Uczyć się chce coraz mniej. Okazuje się, że przedmiot interesujący z nazwy w praktyce specjalnie nas nie zaciekawił. Co gorsza zbliża się koniec semestru i tu zaczynają się problemy. Co zrobić? No przecież tego jest tak dużo, że nie ma szans tego zaliczyć i jeszcze część totalnie nas nie interesuje. Nasza deklaracja w USOS- ie jest święta i nie odwracalna, amen. Wypisać się już nie da (no czasami da, ale to już inna historia1). Tu zaczyna się opcja szarej strefy czyli działania nieoficjalne i niezupełnie zgodne z regulaminem.



Udajemy się do agenta USOS-a ,,zainstalowanego" w naszym kochanym wydziale. Mówimy, że sytuacja jest jaka jest i nie mogliśmy na wykład chodzić bo, bo tak. Poplecznik wielkiego systemu nie zadaje zbędnych pytań i kasuje ślady naszej obecności z przedmiotu jak za dotknięciem magicznej różdżki. Teraz zapewne wiele osób czuje oburzenie, że przecież tak się nie godzi. Nim nastąpi publiczny lincz postaram się całą sytuacje pokazać w innym świetle.



Zacznijmy od tego, że na każdym z kierunków jest obowiązujący program studiów. Wypisane są tam wszystkie przedmioty, które muszą być zrealizowane w poszczególnych semestrach. Każdemu z nich przypisana jest odpowiednia ilość punktów ECTS. Ich zrealizowanie jest konieczne2. Pozostają możliwości dopełnienia wymaganej ilości punktów dodatkowymi zajęciami: wykłady monograficzne, ogólnouniwersyteckie itp. Wprowadzenie takich dodatkowych przedmiotów miało uatrakcyjnić programy studiów oraz dać możliwość ich indywidualizacji zgodnie z zainteresowaniami studenta. Podsumowując mamy przedmioty obowiązkowe i dodatkowe, klarowny system. Zajęcia obowiązkowe i tak musimy zaliczyć. Zapisy w systemie co najwyżej umożliwiają nam wybór godzin w tygodniu w taki sposób aby optymalnie wszystko nam pasowało. Dodatkowe przedmioty nie są konieczne, a jedynie są indywidualnym uzupełnieniem. W takiej sytuacji nie widzę potrzeby stosowania stwierdzenia: zapisanie się na przedmiot jest równoważne z deklaracją zaliczenia go co jest równoważne z brakiem możliwości wypisania. Moim zdaniem uderza to w zakładaną elastyczność programów edukacji jaką stawiano sobie wprowadzając USOS. Uważam, że cały rok powinna być opcja zapisywania i wypisywania się z systemu z poszczególnych przedmiotów. W końcu system zajęć obowiązkowych i przypisane punkty ECTS już same w sobie są dobrym zabezpieczeniem3. Stąd szara strefa czyli działania między studentami, a agentem USOS-a zwiększa płynność i elastyczność studiów. Mechanizm taki na pewno będzie miał tak długo miejsce jak długo zapisywanie na przedmioty nie będzie otwarte cały rok.



Możemy zatem takie działanie traktować jak przestępstwo, ale czemu zasadniczo on szkodzi? W końcu regulamin ma korygować działania, a nie być skostniałą, utrudniającą życie strukturą. Zresztą ocena tego mechanizmu to sprawa oddzielna. Istotniejsze jest, to że takowy zwyczajnie istnieje, ale czy jest konieczny?



BeM



1Możemy próbować w dziekanacie naszego wydziału, ale to opcja raczej utrudniona i nie będziemy się nią zajmować na łamach tego tekstu (hemm, chyba jestem dziś bardzo na ,,nie")

2Małe sprostowanie. W tym tekście opieram się o stan rzeczy jaki jest w Wydziale Humanistycznym. Przyznaje, że nie mam konkretnych informacji jak to jest w pozostałych przypadkach także krytyke w tym wypadku przyjmuje z pełną pokorą.

3Zdaje sobie sprawe, że tekst ten porusza zagadnienie tylko jednostronnie i całkowicie pomija jego ujęcie ze strony pracowników uniwersytetu. Takie założenie zostało jednak ujęte w tytule, a autor zdaje sobie sprawe ze złożoności zagadnienia. Tekst jest tylko pretekstem do szerzej zakrojonej dyskusji chociażby w wyżej wymienionym kierunku.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin:  3 200  

Archiwum

Galerie

Ulubione strony

O moim bloogu

Antropologiczna z filozoficznymi pretensjami koparka na wysypisku współczesności, przez dwóch gabinetowo-terenowych badaczy obsługiwana.

Statystyki

Odwiedziny: 3200

Lubię to